Pamiętnik pewnego pielgrzyma.


dzień 1:
Msza św w kościele św.Anny. Błogosławieństwo kardynała Józefa Glempa i formujemy się na Placu Zamkowym. Jest nas piątka znajomych, reszta nieznajomi. W głowie mnóstwo myśli, mnóstwo pytań. Jak to będzie? Czy ci ludzie co stoją obok są fajni? Czy dadzą się poznać? Czy będzie wesoło, czy też bardziej cicho i modlitewnie? Jacy są księża? ale przedewszystkim czy damy rade dojść? 300 km na piechotę, czy nie lepiej było wziąść urlop i jechać nad morze albo na Mazury? Ktoś trzyma flagę z rybką (symbolem chrześcijan), ktoś inny tablicę z hasłem zawierzającym pielgrzymów Maryji.
RUSZAMY! Pierwsza piosenka troche nie wychodzi, ale oznacza że Muzyczni "się stroją". Później było już tylko lepiej. Pierwsze kilometry to docieranie się wszystkich służb, sprawdzanie gdzie lepiej się idzie (z przodu czy z tyłu?), no i docieranie obuwia. Ci co założyli nowiutkie buty już widać grymas na ich twarzy. Ciężko im będzie. Osobiście mam na sobie kilkuletnie buty, ale i tak coś obciera. Na jednym postoju zmieniam na sandały.
Bracia porządkowi machają chorągiewkami, starają się jak mogą, w końcu w Warszawie duży ruch. Pierwszy postój w Bliznem. Jesteśmy zaszkoczeni ludzką życzliwością. Parafianie tej miejscowości częstują kanapkami, warzywami, owocami, ciastem, napojami.
Następny odpoczynek w Babicach, a potem obiad w Borzęcinie. Dostaliśmy zupę. Oh, jak miło wyciągnąć nogi i chwile odpocząć. Po półgodzinie ruszamy dalej. Dochodzimy do Zaborowa. Widzimy jak duża grupa pielgrzymów odpoczywa, a nas pomimo olbrzymiego zaskoczenia nie zatrzymują - mamy iść dalej. Nogi bolą ze zmęczenia coraz bardziej. Ledwo, ledwo dochodzę do Zaborówka. Jest postój pod płotem czyjeś posesji. Padam i leżę bezruchu, marzę o noclegu, a tu wołają jeszcze do niesienia tub.Trzeba się poświęcić. W Lesznie znów mijamy odpoczywających pielgrzymów. Końcówka dnia to masakra. Nogi jak z ołowiu, ale w tym momencie dostrzegam, że jedna z sióstr kuśtyka i jest jej ciężko. Modlę się za nią żeby doszła. Inną siostrę przytrzymuję za rękę. Powoli dochodzimy na nocleg, a ja źle stawiam stopę na drodzę. Ból trudny do zniesienia, ale mam nadzieję, że to nie zerwane mięśnie. Prawie na jednej nodze dochodzę na pole namiotowe. Mam ochotę zasnąć natychmiast. Ale najpierw trzeba pomóc dwóm siostrom w rozstawieniu namiotu, potem rozstawienie naszej "trójki", co nie co się umyć bo zachwile jest kolacja. Codziennie inna grupa 10 osób przygotowuje kolację. Jemy ją razem, a potem modlitwa i podsumowanie dnia. Przed zaśnięciem się zastanawiam: "Jak ja dojdę następne 270km jak po 30 km ledwo żyję?" oraz jak zregenerować siły na jutro? Smaruję nogi maścimi rozgrzewającymi i chowam się w ciepły śpiwur. Natychmiast zasypiam...

Dzień2:
Wstajemy bardzo wcześnie, muszę złożyć dwa namioty,ale mimo to nie jestem ostatni. Zauważyłem że paniom składanie namiotu idzie dużo wolniej (chyba że wstają dużo później:))) ) Dziś dochodzimy do Niepokalanowa. Przed sanktuarium brat Henryk solo śpiewa ładną pieśń o św.Maksymilianie. W Niepokalanowie ślub w czasie mszy i chrzest.Po mszy bracia Franciszkanie rozdają coś do jedzenia. Przez cały dzień bolały nogi. Najpierw tylko prawa noga, przez co było bardzo trudno iść. Później modliłem się o dojście tego dnia na nocleg o własnych siłach. Zostałem ewidentnie wysłuchany. Zaczeły mnie boleć obie nogi i wtedy lepiej się szło, bo od pewnego momentu poprostu ich nie czułem:)
Przy wchodzeniu do miejscowości gdzie mieliśmy spać nie popisały się służby które prowadziły naszą grupę i przeszliśmy skrzyżowanie na którym powinniśmy skręcić i trzeba było się wracać. Zabawnie to wyglądało. Po zawróceniu, ksiądz Janusz pozdrawiając idące za nami grupy pytał się: "Dokąd idziecie?" oni odpowiedzieli "do Częstochowy", na to ks.Janusz "eeee, to my już wracamy...:))) "
Tego dnia zanosiło się na dużą ulewę. Czarne chmury wisiały nad nami. Ostatecznie krótko popadało. Spora cześć moich współtowarzyszy poszła spać w stodołach. Ja zostałem w namiocie. Rozbiłem swój namiot i pomogłem bratu, który wyglądał jakby zaraz miał umrzeć:) Pomimo najszczerszych moich chęci, namiot po wspólnym złożeniu wyglądał jak "chińskie 8". Widziałem,że ten brat po pewnym czasie ponownie go rozłożył i jeszcze raz złożył. Tym razem kształt namiotu wyszedł mu standardowy. No cóż, chciałem pomóc. Na kolację ktoś przyniósł naleśniki. SUPER. Po kolacji był apel, na którym każdy powiedziła parę słów o sobie. Można powiedzieć, że oficjalne wszyscy się poznaliśmy. Było sporo śmiechu. Nie sposób nie zauważyć że obaj księża tworzą dobrze zgraną parę przewodników.

Dzień 3:
Kontuzja stopy, a dokładniej podbicia. Dzięki wiązaniu nóg bandażami daje się iść.Niektórzy mają zawiązane całe nogi (od kostek do ud) i wyglądają jak mumie egipskie, ale skoro to pomaga to czemu nie stosować?
Wszyscy poznajemy się coraz bardziej. Dużo się modlimy, śpiewamy, rozważamy słowa Ojca św. Codzienne konferencje obu księży są bardzo ciekawe. Dochodzimy do Starej Rawy. Niestety nie wszystkim udaje się iść cały dzień. Niektórzy podjeżdżają z grupą medyczną. Pierwszy raz od 3 dni wiem co to ciepła woda. W końcu w ciepłej wodzie można umyć to co trzeba:) i dłużej wymoczyć nogi.
Tego wieczoru grupa Biała organizowała wieczorny apel.

Dzień 4
Każdego ranka towarzyszy nam piękny wschód słońca. Najpierw grupa muzyczna nas rozgrzewa, a potem Siostry Miłosierdzia prowadzą Godzinki. Każdy może się wyspowiadać, bo styłu grupy idzie "pieszy konfesjonał". Hasłem grupy zostało powiedzenie: "Do Częstochowy bez spowiedzi, szli tylko Szwedzi":)Bardziej zdolni pielgrzymi mieli szanse ułożyć zwrotkę do piosenki "Hej, ha Biała w drogę!"na rytm szantowych Morskich opowieści. Na drodze spotykamy wielu ludzi dobrej woli, którzy rozdają coś do zjedzenie lub coś do picia. Inni tylko wychodzą i machają, pozdrawiają, niektórzy się wzruszają.
Dziś na noclegu zostaliśmy bardzo serdecznie przyjęci. Był cały kocioł żurku z kiełbaskami, ktoś przywiózł kotlety schabowe, naleśniki, warzywa, owoce. Było to prawie że "wesele". Po apelu były tańce do ciemnej nocy (menuet), w których brali również udział obaj nasi księża.

Dzień 5:
Dziś mija połowa pielgrzymki. Dopiero dziś zdaje mi się, że są szanse jednak dojść do Częstochowy. Po drodze przez jeden etap zmoczył nas deszcz. Był to pierwszy ( i jak później się okazało ostatni) deszcz który nas spotkał w drodze. Ale zanim doszliśmy na nocleg, słońce i wiatr nas osuszyły. Przez cały czas pielgrzymki dało się odczuć ciągle wiejący wiatr. Niektórzy odczytywali to, jako ciągłą obecność Ducha Świętego.
Codziennie odmawiamy różaniec i Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W trakcie różańca odczytywane są nasze osobiste intencje. Każdy w anonimowy sposób może powiedzieć za co się modli, co leży mu w sercu, lub prosi innych o modlitwę. Modlimy się również za braci -meżczyzn, którzy niezbyt chętnie zabierają się do noszenia tub. Siostry - kobiety mają duż o łatwiej. Nie tylko, że jest ich więcej, to jeszcze mają tylko 1 znaczek do niesienia. Bracia mają 2 tuby i ciężki wzmacniacz, a i zdarzają się tacy którzy niosą siostrom plecaki, a jeszcze inni podtrzymują na duchu rozmową;)
Na noclegu tym razem mi przyszło być w grupie 10 osób przygotowującej posiłek. Wieczorem apel prowadziła grupa chyba biało-złota. Wykonali bardzo żywiołową piosenkę, która poruszyła nawet najbardziej stękających ze zmęczenia ludzi.
"Chwalcie Pana Niebios, chwalcie go na cytrze,
chwalcie króla Świata bo on Bogiem jest"...

Dzień 6:
Nie sposób nie stwierdzić, że atmosfera w grupie jest bardzo fajna. Do marszu wszyscy się juz przyzwyczaili. Przy czym jedni dopiero teraz wyleczyli rany i kontuzje, a u innych dopiero teraz wyskoczyły bąbelki. Nie ma reguły. Najważniejsze, że nie pada. Podobno zostało 100km, jakoś w to nie wierzę. Na jednym z etapów ścigali się porządkowi,a na postoju ktoś grał w piłkę. Ci bracia to chyba jacyś masochiści. Wogóle nie szanują swoich zmęczonych nóg:)Na noclegu dziś były oczepiny nowych pielgrzymów. Ci co byli pierwszy raz na pielgrzymce lub pierwszy raz grupie Białej, musieli zrobić wianki, później musieli tańczyć. Troche śpiewaliśmy. Księża Janusze wymyślili super piosenkę hip-hopową o grupie Białej. Śmiechu było co nie miara:) Później były jeszcze różne konkursy, głównie dla braci porządkowych. Np konkurs na najlepszą pobudkę, czy kto najlepiej przebija bąble.

Dzień 7:
Dziś chyba najdłuższy etap 38km. Nie wiem, jak to przeszliśmy. Nie pamiętam. Pamiętam natomiast wiele naprawde bardzo miłych gestów mieszkańców miejscowości przez które przechodziliśmy. Na przykład starsza pani wcześnie rano(koło 7) gdzieś przy drodze podjechała wózkiem z wiaderkami gorącej herbaty i kawy częstując pielgrzymów. Inna pani przyjechała na postój z koszykiem pełnym racuchów. W innym miejscu pan z talerzem kanapek. Drobne gesty, ale dla nas pielgrzymów bardzo miłe, nieraz podbudowujące innym razem wzruszające.
Na noclegu wyjątkowy wieczór. Dziś wszyscy pielgrzymi grupy Białej dzielą się chlebem. Dziękujemy sobie nawzajem, że jesteśmy. Dobrze że nie jest to ostatni dzień pielgrzymowania, bo łzy wzruszenia by się strumieniami lały. A tak było bardzo wesoło. Wielu z nas w tym momencie bardzo się zaprzyjaźniło.Z czysto technicznych rzeczy, tego wieczoru moje nogi z ledwością wytrzymywały pozycję stojącą. Nic nie robiąc, trzesły się jak galereta.Podobno to normalne, więc nie modliłem się o uzdrowienie:)
Jest w naszej grupie Ukrainka i Szwajcarka. Bardzo fajne siostry i mówią po polsku.

Dzień 8:
Dziś dla mnie osobiście najcięższy etap. O ile przez wcześniejsze dni łapałem różnego rodzaju kontuzje (nadwyrężenie ścięgien Achillesa, ból podbicia stopy czy przeciązenie kolan) tak tego dnia poprostu się zmęczyłem:) nic mnie nie bolało, tylko tyle,że nie miałem sił. Po przyjściu na nocleg wszyscy się rozkładali, ktoś się mył, ktoś inny jadł. A ja wszystko zostawiłem, załatwiłem sobie miske wody, włożyłem do niej nogi i bezczynnie siedziałem. Dopiero jak zaczeło się zciemniać to rozstawiłem namiot. Dziś troche zatęskniłem za swoim domem.
Czasem mam dosyć tych wszytkich pielgrzymów, ale za chwile już cieszę się że oni wszyscy tu są:) Bardzo fajni ludzie. Pielgrzymka jeszcze się nie skończyła, a ja już wiem, że za rok bedę chciał iść.
Dzięki ci Boże, za tych ludzi, dzieki ci za Twoją obecność, dzięki za pogodę, dzięki ci za siły...

Dzień 9:
Dziś ostatni taki prawdziwie długi etap. Na początek msza św w Garnku. Tu dziś, ci co się zdeklarowali przyjmują Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. Zobowiązując się od tego dnia nie spożywać alkoholu. Inni którzy wcześniej się przygotowali, mogli przyjąć szkaplerz. Zakładając szkaplerz, pielgrzym zobowiązuje się codziennie odmawiać modlitwę do Matki Bożej "Pod Twoją obronę", a w zamian Matka Boża chroni przed wszelakimi niebezpieczeństwami, przedewszystkim przed nagłą i niespodziewaną śmiercią.
Dziś jest piątek, więc dołączają nowi pielgrzymi, np ci co nie dostali urlopu w pracy w tygodniu. Nie pamiętam czy tego dnia było ciężko, czy już nie. W sercach wszystkich odczuwa się radość z tego, że do Jasnej Góry już nie daleko. Po drodze była symboliczna "Przeprośna Górka", na której ci co sobie weszli "za skórę", jakoś się pokłócili czy byli sobie nie mili, przepraszają się i wybaczają sobie.
Na noclegu wita nas proboszcz parafi Św.Krzyża, z wielką ucztą kanapek i ciast. Tego dnia znaleźć stodołę do noclegu jest prawie nie realne, więc większość osób śpi w namiotach. Wieczorem odbył się taki apel podsumowujący pielgrzymkę. Aktywne służby: porządkowi, medyczni, muzyczni, Siostry Miłosierdzia, kierowcy dostali drobne upominki. Księża podziękowali nam, a my podziękowaliśmy księżom i sobie nawzajem, że wspólnie pielgrzymowaliśmy. Do późna w nocy niektórzy jeszcze tańczyli menueta.

Dzień10:
Jaskrów - Częstochowa (12km)
Dziś to już święto, wszyscy zadowoleni. Gotowi już nie tylko ciągnąć za sobą nogi, ale wręcz biec na spotkanie z Matką Boską Częstochowską.Z daleka widać wieżę klasztoru. W Częstochowie nie trudno się domyśleć że jest masa ludzi, tłok, brak skupienia. To co najfajniejsze już za nami. Właściwie cały sens tego 10-dniowego marszu jest w drodze, jest w tych dniach w których idziemy. Ale meta jest nie unikniona:) Jedni się cieszą że to już koniec, że udało im się dojść. Innym szkoda, że to już koniec, że było tak fajnie. Przed południem 5000 pielgrzymów WAPM z czego 100 pielgrzymów grupy Białej wchodzi na Jasną Górę. W rękach trzymamy białe mieczyki, które później są złożone przed obrazem Czarnej Madonny. Mamy tylko chwilę na modlitwę, każdy może powiedzieć w duszy z czym przyszedł, co chciałby ofiarować i zostawić Matce Bożej, inni wypowiadają swoje prośby.
TOTUS TUUS MARYJA.
O 13 msza święta przed murami klasztoru. Księża odprawiający mszę są na murach. Tu poraz ostatni się widzimy. Po mszy już na sam koniec, niesamowity gest księży Januszów z naszej grupy. Wszyscy księża już wyszli, a oni jako jedyni zostają na murach, dostrzegają nas w tłumie i machają do nas, my machamy do nich...
Wiemy, że dla nich, tak samo jak dla nas, był to czas wspaniałych rekolekcji. My ich bardzo polubiliśmy (można rzec pokochaliśmy) i myślę, że oni nas też. Wszyscy wiemy, że stworzyliśmy prawdziwą Wspólnotę. Wspólnotę w której dostrzegliśmy Boga, dostrzegliśmy drugiego człowieka, dostrzegliśmy siebie samych.
Myślę, że ta Wspólnota szybko się nie rozwieje.
Oczywiście wszyscy deklarują że za rok też będą pielgrzymować, i to oczywiście z grupą BIAŁĄ!

Szczęść Boże!


adruzd@poczta.onet.pl